Mozaika Marzeń: Jarosław Gutek

Jarosław Gutek – Bielsko-Biała

Mount Everest, 1996-ty rok. Ludzie, którzy znali zasady, połamali je, w rezultacie ośmiu zginęło. „Czy można to tłumaczyć działaniem mózgu na dużych wysokościach po przewyższeniu 4000 metrów w ciągu dwóch dni…” – tak sobie rozmyślam w zimowy wieczór, siedząc w fotelu przed kominkiem, czytając kolejną książkę. Książki to mój ulubiony sposób spędzania czasu. Najlepiej o wyprawach. Jak to jest z tymi zbiegami okoliczności, które prowadzą do czegoś niechcianego?

Mnie też zdarzało się wstać z fotela i w ciągu 48 godzin znaleźć 4000 metrów wyżej. Doświadczyłem tego, co dzieje się z mózgiem po takim przewyższeniu. Dlaczego ja uniknąłem tragedii?

Moim pierwszym marzeniem był… Nowy Jork. Czasy liceum, kupowałem zdjęcia, chciałem ugryźć Wielkie Jabłko. Ale było nieosiągalne.

Potem wyprawy. Klub Speleologiczny, najgłębsze jaskinie w Europie i najwyższe szczyty. Propozycja wyprawy na Spitzbergen – odłożona na nigdy – bo budowałem nasz dom, bo nie mieliśmy gdzie mieszkać. Trzeba było zarabiać pieniądze. Tak odkryłem Paryż, gdzie jeździłem wielokrotnie. Spełniał oczekiwania.

Byłem wtedy stuprocentowym ateistą, ale to się zmieniło. Dlaczego? Z pewnością nie dlatego, że jak trwoga to do Boga. W życiu miałem z górki. Gdy był problem, szybko się rozwiązywał. Gdy wziąłem kredyt na dom i zachodziłem w głowę, jak go spłacić, przyszła dewaluacja i spłaciłem go w ciągu miesiąca. Wszystko się udawało.

A jednak! Pewnego zimowego dnia w Tatrach nastąpiło totalne załamanie pogody. Zwiało mnie z grani i poleciałem 500 metrów w dół. Nie miałem prawa przeżyć. Tamtego dnia zginęło w Tatrach 6 osób, a ja ocalałem. Leżałem w jakimś jarze, przykryty białą kołderką śniegu. Poczułem, jakby się Ktoś mną zaopiekował.

Innym razem, wyprawa do jaskiń w Alpach, 1028 metrów do dna. Gdy wracaliśmy, miałem na sobie plecak jak komin, dwie butle uwieszone u pasa i wielki wór ze śmieciami. Koledzy schodzili powoli, ale ja oczywiście na nartach (pycha młodego instruktora). Stromy stok, przepaść. Narty ujechały na oblodzeniu i poleciałem głową w dół, ciągnięty przez plecak, butle i śmieci. Byłem pewny, że już po mnie. Podrzuciło mnie kilka razy i wbiłem się w śnieg tuż przed granicą lasu, z pozdzieraną do krwi skórą twarzy. Poczułem, jakby Ktoś…

Niedługo potem moja żona i córka zaczęły uczęszczać do Wspólnoty Posłannictwo w Bielsku-Białej. Cieszyłem się, bo miałem niedzielne popołudnia dla siebie. Jednak z czasem mnie to zaintrygowało, gdy widziałem co się z nimi dzieje. Poszedłem. Kościół znany mi dotychczas mnie nie przekonywał, ale teraz powoli wszystko zaczęło do siebie pasować. Od stuprocentowego ateisty, poprzez rozważania, czy wiara pomaga, czy przeszkadza, do przekonania i doświadczenia (osobna historia), że Bóg istnieje i warto w Niego „inwestować”, że „to działa”.

Na wyprawach czy szkoleniach ze ski-alpinizmu prawie zawsze sobie o tym rozmawiamy. Zwłaszcza z „ludźmi gór”, związanymi z naturą. O tym, jak można spotkać Boga, bardzo namacalnie. Kamiński, zdobywca biegunów, zapytany, czy spotkał Boga, odpowiada, że niejednokrotnie. Więc dlaczego mielibyśmy o tym nie mówić? Nie potrzebujemy kombinować i utrudniać, lecz opowiadać. O tym, jak przeżyliśmy, gdy nie mieliśmy prawa przeżyć, jak możemy złożyć na Kogoś odpowiedzialność, by nas zmienił, gdy sami nie dajemy rady, że nie musimy zasługiwać, bo i tak nie zasłużymy, ale możemy coś otrzymać jako dar… Coś musi zmienić się w naszych sercach. Pokora, zaufanie, respekt przed Stwórcą, postawa zależności. Gdyby ludzie to przyjęli, świat byłby inny…

Ale miałem mówić o marzeniach. Konglomerat moich marzeń można ogólnie nazwać ratowaniem ludzi.

Najpierw od czegoś niechcianego związanego z wysokością. Ludzie idą w góry dla przyjemności i pracują na wysokości, żeby żyć. Jednak zostają zaskoczeni niechcianym, bo idą w brawurę, albo z powodu niewiedzy. Chciałbym ich od tego ratować.

Uczę chodzić po górach i pracować na wysokości. Szkolenia lawinowe mają uzmysławiać, że wystarczy pięć sekund w niewłaściwym miejscu. Dlatego nie wolno iść w góry bez wiedzy i bez sprzętu, który, na przykład, pozwoli odnaleźć kogoś w lawinie. To kanon. Podobnie jak praca na wysokościach. Nie przewidzisz wszystkiego, dlatego potrzebne są kanony.

Jednak gdybym na tym miał skończyć, to jeszcze nie powiedziałem najważniejszego. Pewnego razu w jakiejś wiosce w górach człowiek kopiąc studnię na skutek osypania się gruntu utknął w błocie po pas. Odkopaliśmy go i wyciągnęli, przeżył, chociaż miejscowe służby nie dawały mu szans. Co z tego, skoro rok później odebrał sobie życie.

Chciałbym ratować ludzi również tak, by im się chciało żyć. Przez rozmowy o realności duchowego świata, ale nie tylko. Również pomagając doświadczyć niezwykle satysfakcjonujących więzi, jakie mogą łączyć ludzi. Nie raz takich więzi doświadczałem, dyndając gdzieś na linach w ekstremalnych warunkach, w górach, albo malując części jakiś instalacji, tworząc doskonały zespół.

Gdy jesteśmy fachowcami, rozumiemy się bez słów. Jednak większym wyzwaniem i właśnie moim marzeniem jest brać grupę ludzi bardo różnych, z różnych światów i stworzyć im szansę przeżycia niezwykłego działania w zespole. Często mają nikłe pojęcie o tym, co robić, ale to ich nie przekreśla. Nikt nie przeżyje tyle satysfakcji, co oni. Nie pójdą w wysokie góry, bo ich na to nie stać, nie spotkamy się też na platformie wiertniczej. Ale spotkamy się tutaj i przeżyjemy coś równie wzniosłego.

Gdzie? Takim obszarem jest przede wszystkim COEK, Chrześcijański Ośrodek Edukacji i Kultury, w którego działalność wraz z żoną się angażujemy. Sposób, w jaki go tworzymy, daje równe szanse każdemu. Możesz mieć sto lat albo kilkanaście.

A cel jest wzniosły. Koncepcja, by tworzyć miejsce, gdzie ludzie mogą przyjść i słyszeć coś, co im pomoże, co ich od czegoś uratuje, wobec najróżniejszych wyzwań, jakie niesie życie. Ale nie tylko to. Również jako wehikuł realizacji marzeń, by robić coś znaczącego dla innych ludzi. To mnie przekonuje.

I coraz większe wyzwania. Pomoc jednym sprawia, że oni pomagają następnym, Skutek jest taki, że trzeba coraz więcej ogarniać. Coraz to nowe rzeczy, nowe zespoły – robi się z tego powoli mała olimpiada. Nie jestem wizjonerem, ale dla takiej cennej idei jestem gotowy włożyć dużo pracy.

A więc, przygoda współdziałania w zespołach, gdzie każdy jest inny i nikt nic nie musi. Ogarnąć coś takiego, to niezwykle trudne. Wydaje mi się, że tworzenie korporacji przy tym to łatwizna. Bez marnotrawstwa ludzkiego trudu. Dopracowanie wszystkiego tak, by, na przykład, wystarczyło na wiosnę skosić, a na jesień przyciąć i by zawsze było pięknie. I tysiące innych rzeczy. To mi się marzy. By każdy dostał swoją cząstkę do roboty, każdy miał szansę wykorzystać swój dar i każdy był doceniony. Doświadczenia zdobyte przy tworzeniu kanonów bezpieczeństwa w PZA, PCK, GOPR, będę musiał teraz wciągnąć na wyższy level.

Oto moje marzenia. Pomóc wielu przełamać się, wyciągnąć nieszczęśników nieświadomych tego, co obok nich leży, by wstali z fotela i pokonali dystans, jak na Matterhorn czy Mount Blanc, ale jednak do czegoś jeszcze cenniejszego. Bo tamte przeżycia w końcu się dewaluują, a tutaj nieskończone góry.

Jarosław Gutek, Instruktor Taternictwa Jaskiniowego PZA, Instruktor Sportu – Alpinizm Jaskiniowy, Instruktor Alpinizmu Przemysłowego, Instruktor Narciarstwa PZN – SITN, Instruktor Narciarstwa Wysokogórskiego PZA, Ratownik GOPR, Medal za Ofiarność i Odwagę,  studiował na Wydziale Geologii Uniwersytetu Śląskiego, prowadzi firmę GOU-TEC, Bielsko-Biała. Ma żonę, dwoje dzieci i troje wnucząt (czwarte w drodze).